Zwalniam sie z pracy, moze sie uda jeszcze dzis przed pociagiem, moze szykuje sie wieksza kasa ale najpierw musze utonac w okropny kredyt, podnieta. Jestem po pierwszym przesluchaniu dlugograjacego krazka Iowa Super Soccer. Cholera, dobre.


Gregor Samsa
Rest

[Kora; 2008]

Gregor Samsa jest glownym bohaterem opowiadania Franza Kafki pt. “Przemiana” (“Die Verwandlung” – zobaczcie okladke pierwszego wydania z 1915 roku, to ta ilustracja powinna byc okladka plyty). Ksiazka Kafki rozpoczyna sie metamorfoza Gregora, przecietnego komiwojazera mieszkajacego przy Charlottenstrasse, w – jak to okresla sam autor – potwornego robaka. Przemiana ta okazuje sie niebywala tragedia nie tylko dla samego bohatera ale rowniez dla calej jego rodziny. Jako obslizgly i obrzydliwy twor, chowal sie w najciemniejszych katach swojego pokoju, umierajac codziennie z tesknoty i smutku.

Siostra zaczęła grać. Ojciec i matka, każde ze swego miejsca, uważnie obserwowali ruchy jej rąk. Gregor, pociągnięty grą, odważył się posunąć nieco dalej i głowę trzymał już w pokoju rodzinnym. (…) Rodzina była całkowicie pochłonięta grą; natomiast panowie, którzy początkowo z rękami w kieszeniach od spodni ustawili się o wiele za blisko za pulpitem, jak gdyby wszyscy musieli zaglądać w nuty, co z pewnością siostrze przeszkadzało, wkrótce, rozmawiając półgłosem z opuszczonymi głowami, cofnęli się pod okno, gdzie też pozostali, troskliwie obserwowani przez ojca. Sprawiało to teraz aż nadto wyraźne wrażenie, jakby rozczarowali się sądząc, że posłuchają pięknej lub zabawnej gry, jakby mieli już dość całego przedstawienia i tylko z uprzejmości pozwalali jeszcze zakłócać sobie spokój. Zwłaszcza sposób, w jaki wszyscy wydmuchiwali w górę nosem i ustami dym z cygar, wskazywał na ich wielką nerwowość. A przecież siostra grała tak pięknie. Twarz przechyliła na bok, a wzrok jej badawczo i smutnie przebiegał linijki nut. Gregor podpełznął jeszcze kawałek naprzód, a głowę trzymał tuż przy podłodze, aby o ile możności napotkać jej spojrzenie. Czy był zwierzęciem, skoro muzyka tak go pociągała? Było mu tak, jak gdyby ukazała mu się droga do upragnionego, nieznanego pożywienia. Zdecydowany był podpełznąć aż do siostry, pociągnąć ją za sukienkę i dać jej w ten sposób do zrozumienia, że mogłaby przecież przyjść ze swymi skrzypcami do jego pokoju, gdyż nikt tutaj nie cenił jej gry tak bardzo, jak on pragnął ją cenić.

Piekny, nostalgiczny slowcore. Wiolonczela, skrzypce, wibrafon, cudnie polaczone wokale dwoch pan i dwoch panow. Troche przypomina mi Low i ich I Could Live In Hope, zreszta, posluchajcie sami.

- – - – -

Ilustracja: Andrzej Ploski

Ksiazke razem z ilustracjami mozecie dorwac tu.


Prawatt
of Soul Vol. 1

[Mahorka; 2007]

Najnowsza plyta formacji Prawatt zostala nagrana w lutym 2007 roku na Kaszubach w liczacej lekko ponad sto osob wsi Łosienice. W kilkudniowej sesji nagraniowej udzial wzieli Karol Schwarz, Szymon Albrzykowski i Kamil Jastrzebski.

Pierwszy raz przesluchalem plyte jakis czas temu, w nocy. Lezalem na wznak na swoim lozku z zalozonymi sluchawkami. Pamietam, ze po pierwszym utworze przyszla mi na mysl pierwsza plyta Current 93. Przerazajace dzwieki spowodowaly, ze wstalem i podkrecilem troszke glosnosc. Zwei und zwanzig, niespokojny glos przypomnial mi scene z Lost Highway gdy Pete i Alice spotkali sie w domu Andyego. Surowe odglosy roznego pochodzenia dominuja na plycie. Transowe odjazdy w obu kanalach, Prawatt faszeruje sluchacza niespokojnym brzmieniem rodem z piekla, szalenstwem sluchanie tego w nocy. Opera Revolutionnaire polaczony z Where are you? jest moim ulubionym fragmentem plyty. Sample spiewajacej kobiety polaczone z kontrolowanym halasem, wycieczki z coraz wieksza iloscia dzwiekow wytworzonych przez analogowe generatory. Pod koniec Opery jakby narkotyczne odjazdy w nieznane. Where are you? trwa minute czterdziesci osiem. Kontrast pomiedzy wybuchem w koncowce poprzedniego utworu a cieplem plumkajacej gitary i delikatnym wokalem jest znakomity. Tuz po tym mamy trzy dlugie (dziesiecio, jedenasto i osmiominutowe) kawalki naszpikowane masa przeroznych sampli, bitow, i efektow. Na poczatku przedostatniego utworu (Cowboys and Angels) pojawia sie znakomita, delikatna gitara, dzieki ktorej zapominam o halasie, na chwile pojawia sie slonce i lece ponad calym tym gownem. Pomyslalem sobie, ze moglby pojawic sie klarnet Mazzolla. Na koncercie gdy gral na dachu jednego z klubow, Mazzoll zawodzil Widzialem orla cien, widzialem go nad Zaspa, nad tymi blokami, niewatpliwie byl pijany. Nie bez powodu pisze o Jerzym, Prawatt w 2005 roku nagral plyte wlasnie z tym swietnym klarnecista. Moj stan psychiczny poprawia sie na kilkadziesiat sekund. Po chwili w tle slyszalne sa niepokojace szumy, ktore gitara probuje zagluszyc, znow pojawia sie niemiecki glos. Jazgoty jak krzyki wybijaja sie na pierwszy plan. Spadam przytloczony ciezkim halasem, chaosem. Nie podnosze sie do konca plyty czyli przez ponad dobre dziesiec minut.

Profesjonalne, atmosferyczne, dosc surowe odjazdy na trojmiejskim podworku, za darmola. Naprawde.


{{{Sunset}}}
Bright Blue Dream

[Autobus; 2008]

{{{Sunset}}} lub Sunset, jak kto woli, zreszta dla nich to tez nie ma znaczenia. Po prostu jeden z nich lubi stare programowanie w ASCII i ten znaczek “}” mu o tym przypomina, jakkolwiek oni uzywaja ich w nazwie, jesli sa zwrocone w kierunku slowa sunset to tak jakby patrzec na zachod slonca, wiadomo.

No dobra, nie za duzo wiemy o {{{Sunset}}}, wiadomo, ze odpowiedzialny za to jest niejaki Bill Baird, basista, gitarzysta, lubiacy malowac, fotografowac oraz pisac teksty. I nawet niezle mu to wszystko wychodzi. {{{Sunset}}} jest dosc swieza grupa, wczesniej kapela Blonde Billa byl Sound Team. Bill gral rozne rzeczy zanim doszedl do tego co jest na Bright Blue Dream, a jest na tej plycie duzo, duzo dobrego.

Na poczatku plyty wybijaja sie bebny, dochodzi brudna gitara, cymbalki i wokal na tlo, po pierwszym kawalku robi sie jeszcze bardziej git choc znaczniej melodyjnie. Zombies all around us – zaczyna spiewac Bill do przesterowanej gitary, mniej wiecej w polowie dochodzi chwytliwy motyw basowy i efekty. Nastepny, I Love My Job, przypomina mi jakis utwor Recoil.
Dalej jest tylko lepiej, nastepne trzy utwory tworza cos naprawde znakomitego, od dreampopowych sennych wokali po psychodeliczne gitarowe wynurzenia, swietne riffy i chwytliwe refreny. Nie oznacza to, ze jest latwo, dalej jest instrumentalny Moebius i nawiazujacy do okladki siedmiosekundowy T.V.s That Were His Eyes. Bright Blue Dream jest poki co najlepsza tegoroczna plyta, jaka udalo mi sie przesluchac. Duzo psychodeli, przesterowanych gitar (fakje!), rozwleczonych wokali, ciekawych pomyslow. Plyta z jajami i w ogole. Wydana w Autobusie. Piona dla Billa i chlopakow.


Désormais
Dead Letters to Lost Friends

[Intr_Version; 2005]

Z Cincinatti do Montréalu jest okolo 1300 kilometrow czyli jakies 13 godzin jazdy samochodem.
Pewnego deszczowego dnia Tony Boggs wsiadl do swojego zdezelowanego forda by udac sie do Montréalu, odwiedzic swojego starego kumpla Mitchella Akiyame.

Tym razem zapalil bez problemu, szybko wskoczyl na droge numer 71 i pomknal w kierunku miasta Columbus, pierwszego przystanku na drodze do Kanady.

Szybko zjadl obiad, dolal do pelna i ruszyl dalej, do Cleveland. Zrobil sobie dluzsza przerwe na spacer po ulubionych miejscach, nie mogl sie doczekac kiedy opowie o swoich pomyslach Mitchellowi, mial glowe wypelniona dzwiekami, pomyslal o basowym motywie z nienazwanego jeszcze This Ship Sinks Sideways. Po drodze nagrywal rozne dzwieki, mial juz ich cala mase, nie wiedzial do konca jak i z czym je polaczyc ale mial ogolny zarys, potrzebowal swojego kumpla. Wsiadl ponownie do auta, przekrecil kluczyk w stacyjce i wolno ruszyl z parkingu. Jechal droga wzdluz jeziora Erie, nostalgiczne partie skrzypiec wkradaly mu sie do glowy, nie wiedzial jeszcze ze zapamieta je i wykorzysta w znakomitym utworze If People Could Fly They’d Likely Have Talons. Utwor konczy sie wyladowaniem przesterowanej gitary i brudnej perkusji. Kolejny rozpoczyna sie szumem fal oraz delikatnym kobiecym wokalem, piekne kontrasty na granicy stanow Pennsylvania i New York, snujaca sie mgla zmusila Tonego do zdjecia nogi z gazu. Pod gesta warstwa mleka zniknely biale pasy (nie zolte) na Interstate 90, widocznosc rowna zeru. Zatrzymal sie wiec na najblizszym parkingu. Przeciagnal sie i zapalil papierosa, odetchnal wilgotnym powietrzem, wiedzial ze bedzie musial poczekac kilka godzin. Wiedzial, ze bedzie mogl pomyslec na spokojnie o trzeciej juz plycie duetu Désormais, o palecie instrumentalnych eksperymentow, ktore beda sie rozciagac przez cale wydawnictwo. O skrzypcach, saksofonie, basie, partiach gitary, ktorej riffy juz ma opracowane… wystarczy je nagrac, obraz stawal sie coraz bardziej klarowny.

Tony przejechal Buffalo, uscisnal dlon swojemu koledze i nagral plyte, ktorej fragmenty mial od dawna w glowie, a ktora poraz kolejny urzeka mnie swoim magicznym brzmieniem. Bogate instrumentarium, ambientowe eksperymenty, post-rockowe podloze. Gdzieniegdzie slychac francuskie rozmowy, moze Mitchell i Tony czekajac na obiad w jakims barze w Brockville (nazwa tej miejscowosci wziela sie zapewne od Isaaca Brocka, bohatera narodowego Kanady a nie muzyka) nagrali jakies rodzinne dysksuje, kto wie.


below the salt

16kwi08

czekam na telefon, czekam na przelew. jak na zbawienie. jedno z nich moze zmienic na chwile moje zycie. samolot pasazerski dosc dlugo lecial nad moim placem a potem spadl na rafinerie, blyskajace swiatla odbijaly sie od szyb, tumany kurzu wzbily sie w powietrze, wbiegalem co cztery schodki do domu, jak najszybciej by jeszcze ujrzec moich rodzicow i opowiedziec im co sie stalo, nie byli zdziwieni zainstniala sytuacja. co dziwne, moj kolega z klatki przez telefon komorkowy kierowal tym samolotem, kiedys za gowniarza rozkladalismy koc na klatce i gralismy w magie i miecz. obudzila mnie mama przypominajac mi, ze musze pojsc dzis znow do lekarza.


wsiadam o szostej czterdziesci do autobusu, pozniej przesiadam sie na tramwaj, slonce leniwie grzeje, zaczyna budzic ludzi mieszkajacych blok obok na dwunastym pietrze. mgla przypomina mi zdjecie adriana orange.

adrian orange / thanksgiving

mam ochote pojechac gdzie indziej, zmienic trase tramwaju albo wysiasc na dworcu glownym i wsiasc w pierwszy lepszy pociag.

dojezdzam do szpitala, przemakaja mi buty przez co robi mi sie chlodno, szybko omijam oddzial neurologiczny i siadam na krzesle przed gabinetem. dzien dobry, dzien dobry. byly ataki? zwiekszamy dawke, widzimy sie za dwa tygodnie. dowidzenia, dowidzenia. slabe cisnienie, standardowe sniadanie plus kawa, potem bylby papieros ale nie ma, szkoda. zapalilbym sobie jeszcze. paczke, a moze piec. albo dziesiec odrazu, zeby sie napalic, i napilbym sie. o tak, napic to bym sie napil, napierdolil. tak.

pije herbate, dostalem wyplate kilka dni temu i juz jej nie mam. bylem wczoraj u znajomej, ogladalismy przez chwile telewizje. najpierw telezakupy mango (specjalny depilator, dzieki ktoremu mozna wyrywac wlosy z twarzy, nosa lub dupy – jak kto woli) a potem big brother V na tv4 bodajze ale nie wytrzymalem dluzej niz kilkanascie sekund, bylem koszmarnie zazenowany. ludzie, ktorzy do mnie czasem przychodza dziwia sie, ze nie mam telewizora, no bo przeciez jak to! jak mozna nie miec telewizora? jak mozna nie ogladac telewizji? jak mozna nie czytac rowniez gazet oraz nie wiedziec co sie dzieje na swiecie? jak?

mnie wystarczy {{{sunset}}} i ich najnowsza plyta.


berlin, the idiot oraz closer. skladam hold. nocami razem z peterem hookiem gram na basie she’s lost control ale nie brzmi to najlepiej. badania, wyniki, wizyty, wyniki, badania. oto cala srakowatosc ostatnich dni. czuje zapach przychodni oraz slodkich perfum, nietuzinkowe polaczenie. mam nadzieje, ze pozdychacie, tak wy, skurwysyny czekajacy od piatej rano przed przychodnia mimo, ze otwieraja dopiero o siodmej. wy co narzekacie na to, ze za jaruzela bylo lepiej czy tam gorzej. roztrzasacie przeszlosc, wspominacie zmarlych a nie zauwazacie, ze sami juz dawno umarliscie.

siedzisz sam, z podkulonymi nogami i sie trzesiesz. zapalasz papierosa, potem drugiego i trzeciego. sklep, apteka, szpital, autobus, winda. wszechogarniajaca paranoja. prosze zwiekszyc dawke do dwoch tabletek dziennie. dziekuje, dobranoc.


nowhere

28lut08

sa chwile kiedy jest ci wszystko jedno, kiedy bez zastanawiania sie mozesz to wszystko rzucic w cholere. powoli z tego wychodze a moglem to zrobic, teraz trzeba znowu uciekac, nie wiadomo przed czym i nie wiadomo gdzie. pierdolone polsrodki nie dzialaja, lekarstwa tez, tepe osamotnienie i granie na zwloke. wszystko przelewa sie w kompletnej bezsensownosci, dni uplywaja pod znakiem nic nie robienia. wiesz, mam ochote lezec w cieniu, twarz miec przykryta slomianym kapeluszem, gdzies na poludniu portugali. odczuwam paranoje wychodzac do sklepu, jadac autobusem z ta masa gadajacego miesa. chce mi sie rzygac na ich widok. nie potrafie sie wydostac z tego oceanu nicosci, chcialbym sobie poplynac w dol, tak jak w wielkim blekicie, przy akompaniamencie pianina i skrzypiec, bezwladnie spadac az na samo dno. zamiast tego co chwila probuje sie uratowac, wolam na pomoc wszystkich dookola, przeciez nikt ci kurwa nie pomoze, nienawidzisz ludzi ale wiesz, ze nawet ty nie ogarniesz ich glupoty, tego nie da sie ogarnac. patrzysz na wszystkich zrezygnowanym wzrokiem a oni wolaja chorem ‘pomozemy ci’, chcesz krzyknac ’spierdalajcie’ ale nie masz sily i poddajesz sie temu calemu procesowi od poczatku. trzeba bylo spasc w dol kiedy miales okazje, teraz bedzie gorzej, znow bedziesz walczyl, walczyl, walczyl.

wszystkie wartosci poumieraly, gowno na srodku sali jest obiektem westchnien milosnikow wspolczesnej sztuki, muzyka ktora slyszymy w radiu i supermarketach nie jest warta spluniecia. nie wiem jak to bedzie, wiem tylko ze kalejdoskop wciaz mnie otacza a piosenki ktore mam w glowie, beda wirowac wokol ciebie kiedy umre.


27lut08

powoli powracam. powoli swoj noz ostrze.